
– Tak naprawdę wszystko do mnie dotarło dopiero w chwili, gdy podeszłam do Barbary (śmiech). Kiedy usłyszałam jej głos, uświadomiłam sobie, że to się dzieje naprawdę. Kolejne uczestniczki były atrakcyjne i zadbane, ale nie czułam się nimi onieśmielona.
Podobno atmosfera w grupie była bardzo dobra.
– Od początku złapaliśmy wspólny kontakt. Już pierwszego wieczoru usiedliśmy razem, żeby się lepiej poznać. Rozmawialiśmy szczerze o sobie, każdy coś opowiedział. Z dnia na dzień tworzyła się między nami coraz większa więź i poczucie zaufania.
Jednak jedna osoba sprawiała pani trudności.
– Niestety tak. Barbara od początku była dla mnie ogromnym obciążeniem. Przez większość pobytu czułam się przez nią przytłoczona. Sytuacja była napięta do tego stopnia, że inni zaczęli się izolować. Gdy nie było nagrań, zostawałam z nią sama, co było naprawdę trudne do zniesienia.
Czy produkcja reagowała na tę sytuację?
– Tak, rozmawiano z nią kilkakrotnie. Bywało też, że wyprowadzano ją z planu. Pamiętam sytuację, kiedy podczas nagrań musieliśmy przerwać, bo sytuacja zrobiła się zbyt napięta. Po rozmowach wracała, ale często jeszcze bardziej pobudzona.
Jak wyglądało jej odejście z programu?
– To trwało właściwie dwa dni. Ósmego dnia zrobiła awanturę o rzekomo zaginione buty, które później znalazły się w innym miejscu. Przed jednym z wyjść przyszła do nas Bożena i powiedziała, że chce jej pomóc. Byłam przekonana, że chodzi o jakieś wsparcie specjalisty, a tymczasem zaproponowała jej przeprowadzkę do naszego pokoju. Byłam w szoku – myślałam, że Barbara zaraz odejdzie, a ona została.
Wróćmy do pani przeszłości. Nie była łatwa…
– Rzeczywiście. W domu nie było lekko. Mama była wymagająca i raczej nie okazywała wsparcia w nauce – trzeba było samemu dochodzić do wszystkiego. Ojciec też wychowywał mnie twardo. Często brakowało pieniędzy, więc żyliśmy bardzo skromnie. Pamiętam proste jedzenie i ciągłe oszczędzanie.
Była pani dwukrotnie zamężna?
– Tak. Pierwszy ślub wzięłam bardzo młodo, właściwie bez miłości. To małżeństwo od początku nie miało solidnych podstaw. Żyliśmy osobno i z czasem zdecydowałam się na rozwód. Potem jeszcze przez kilka lat walczyłam o unieważnienie ślubu kościelnego.
A drugie małżeństwo?
– Na początku było spokojnie, ale później zaczęły się problemy. Mąż nie chciał dzieci, a ja bardzo ich pragnęłam. Dochodziły do tego częste przeprowadzki i napięcia w domu. Z czasem zaczął kontrolować każdy aspekt życia. Kiedy próbowałam się sprzeciwić, dochodziło do przemocy.
Zdecydowała się pani odejść?
– Tak, choć nie od razu. Raz próbowałam odejść, ale wróciłam, wierząc, że coś się zmieni. Niestety było tylko gorzej. W końcu, po jednej z bardzo brutalnych sytuacji, spakowałam dzieci i odeszłam na dobre. Powiedziałam sobie, że nie pozwolę już nikomu mnie krzywdzić.