
Jeszcze dzień wcześniej nic nie wskazywało na dramat. W niedzielne popołudnie spacerowali razem nad morzem — on, oficer SOP, ona spokojna i ciepła kobieta. Obok dzieci, bliscy, zwyczajna rodzinna scena. Szli blisko siebie, trzymali się za ręce, sprawiali wrażenie szczęśliwych. Nikt nie przypuszczał, że to ostatnie takie chwile.
44-letni Piotr K. sięgnął po nóż i zaatakował najbliższych. Czteroletnia córka nie przeżyła. Ciężko ranni zostali jego żona, syn oraz teściowie. Po wszystkim mężczyzna próbował odebrać sobie życie.
Przy ulicy Bałtyckiej do dziś widać ślady tragedii. Na śniegu pozostały plamy krwi, zużyte rękawice ratowników, porozrzucane opatrunki. To tutaj, w poniedziałkowy wieczór 26 stycznia, służby prowadziły dramatyczną akcję. Mężczyzna zabarykadował się w mieszkaniu, był poważnie poraniony i zakrwawiony. Policjanci musieli wyprowadzić go siłą.
— Był skuty kajdankami, cały w bandażach, ledwo się poruszał. Wyglądało to tak, jakby próbował się zabić — relacjonuje jeden z sąsiadów, który obserwował interwencję. Okoliczni mieszkańcy nie kryją szoku. — Zawsze uśmiechnięty, uprzejmy, złoty człowiek. Często tu przyjeżdżali — mówią.
Inni wspominają jeszcze niedzielny spacer. — Widziałem ich razem, trzymali się za ręce. Miło było patrzeć. Jego żona była dobrą osobą, teściowa pracowała jako pielęgniarka. Normalna, porządna rodzina — opowiada sąsiad. Pani Mariola, mieszkanka bloku naprzeciwko, wciąż nie może dojść do siebie. — Do dziś płaczę. Ta mała dziewczynka… co ona była winna? Nie rozumiem, co się stało — mówi ze łzami w oczach.
Piotr K. od ponad dwóch dekad służył w Służbie Ochrony Państwa. Jeszcze kilka miesięcy temu przeszedł rutynowe badania. Nic nie wzbudziło niepokoju. Po tragedii został natychmiast zawieszony, a wobec niego rozpoczęto procedurę wydalenia ze służby.
Sprawą zajmuje się Prokuratura Okręgowa w Słupsku. W środę zaplanowano przesłuchanie mężczyzny, który obecnie przebywa w szpitalu pod ścisłym nadzorem. Służby nie ujawniają szczegółów dotyczących jego stanu ani miejsca hospitalizacji.
Ustka zamarła. Mieszkańcy wciąż zadają sobie jedno pytanie — dlaczego? Jak to możliwe, że człowiek, o którym jeszcze niedawno mówiono wyłącznie dobrze, miałby podnieść rękę na własną rodzinę? Dziś przed blokiem przy ulicy Bałtyckiej panuje cisza. Ludzie zatrzymują się, spuszczają wzrok, zapalają znicze. W tle słychać tylko krzyk mew i przejmującą pustkę.