
Po latach nacisków i konsekwentnych działań aktywistów doszło wreszcie do przełomu w głośnej sprawie schroniska „Happy Dog” w Sobolewie. Dzięki interwencji społeczników oraz decyzji Powiatowego Lekarza Weterynarii placówka została zamknięta 24 stycznia.
Dzień później, w niedzielę 25 stycznia, o godzinie 14:45, z terenu schroniska wywieziono ostatniego psa. To koniec miejsca, w którym przez lata zwierzęta były skazane na cierpienie, a dostęp do nich był całkowicie zablokowany. Już w 2018 roku właściciel azylu, Marian Drewnik, zabronił wstępu wolontariuszom. Także osoby poszukujące zaginionych psów nie miały możliwości sprawdzenia, czy ich zwierzęta przebywają w schronisku. Nawet sam prowadzący placówkę nie potrafił wskazać, ile zwierząt faktycznie znajduje się pod jego opieką. Podczas ewakuacji naliczono 146 psów oraz dwa koty.
Wstrząsające warunki w schronisku. Media nie zostały wpuszczone
Zwierzęta przetrzymywano bez jakiejkolwiek ochrony przed zimnem, w surowych, betonowych kojcach. W jednej z małych, zniszczonych bud znaleziono ważącego około 40 kilogramów psa, który nie był w stanie się w niej nawet położyć. Wiele zwierząt było w bardzo złym stanie zdrowia – z guzami, przepuklinami, otwartymi ranami, zapchlone i zarobaczone. Na widok ludzi drżały ze strachu. W pobliżu boksów odnaleziono zakrwawione, drewniane pałki. Poseł Łukasz Litewka zwrócił również uwagę na obecność maszynki do mielenia mięsa. Na terenie schroniska nie prowadzono żadnej dezynfekcji.
Kiedy 25 stycznia przybyliśmy na miejsce — dzień po ogłoszeniu przez premiera Donalda Tuska decyzji o zamknięciu schroniska — próbowaliśmy wejść na teren placówki, jednak policja nam to uniemożliwiła. Przez kilka godzin pozostawaliśmy na zewnątrz, mimo to udało się zarejestrować moment ratowania ostatnich psów. Zwierzęta, które widzieliśmy z bliska, były skrajnie wychudzone.
Ewakuacja nocą. „Robiono wszystko, by nas zniechęcić”
Pierwsze transporty ratunkowe rozpoczęły się w środku nocy, ponieważ dopiero po północy podpisano porozumienie, na mocy którego Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt formalnie przejął opiekę nad zwierzętami. Negocjacje trwały pięć godzin.
— Zrobiono wszystko, by utrudnić nam działania. Instytucje publiczne potraktowały nas tak samo jak zwierzęta, które ratowaliśmy. Skala przeszkód była porażająca. Nie pozwolono nam włączyć oświetlenia, więc wyciągaliśmy cierpiące psy z kojców przy świetle latarek. Wójt odwołał straż pożarną, która miała nam pomóc. Mieliśmy też problem ze znalezieniem miejsca, gdzie moglibyśmy w godnych warunkach policzyć zwierzęta — relacjonuje Konrad Kuźmiński z DIOZ. To właśnie ich samochód jako ostatni opuścił Sobolew, wypełniony uratowanymi psami. Wcześniej wyjechało „Pogotowie dla Zwierząt”, a nad ranem cały autobus zwierząt przejęła Fundacja Judyta.
— Nie otrzymaliśmy żadnego realnego wsparcia ze strony administracji rządowej ani samorządowej. Przed chwilą była tu przedstawicielka wojewody — tego samego, który kilka dni wcześniej kontrolował schronisko i nie dopatrzył się nieprawidłowości. Zapytałem, czy przekaże choćby karmę. Odwróciła się i nie chciała rozmawiać — dodaje Kuźmiński.
Pomoc zaoferowały natomiast organizacje społeczne: Stowarzyszenie Idziemy Razem, Fundacja Przyjazna Łapa i W Dobrych Łapkach oraz schronisko dla bezdomnych zwierząt we Wrocławiu.
— Zaproponowano przyjęcie dziesięciu psów, bez stawiania warunków. Po prostu chcieli pomóc — dlatego kolejny transport ruszył w Polskę — mówi Kinga Żelewska, prezeska Pogotowia dla Zwierząt.
Ile dokładnie psów przebywało w schronisku „Happy Dog”? — Tego się już nie dowiemy. Dokumentacja nie została nam udostępniona. Wyjeżdżamy stąd, nie znając historii ani jednego zwierzęcia — podsumowuje przedstawiciel DIOZ.
Apel wójta gminy Sobolew
— Odpowiedzialność za to, co się wydarzyło, ponosi około 30 gmin — mówi wójt Sobolewa Maciej Błachnio w rozmowie z „Faktem”. — Chciałbym też zaapelować o zaprzestanie obrażania mieszkańców naszej gminy. Oni nie są niczemu winni. Fala hejtu, jaka się na nich wylewa, jest dla mnie niezrozumiała. Potrzebne są zmiany systemowe, a nie tylko likwidacja jednego schroniska — podkreśla.
Wójt przyznaje również, że nie spodziewał się tak nagłego zamknięcia placówki. — Nie sądziłem, że emocje będą aż tak ogromne. Uważam jednak, że sposób rozwiązania tej sprawy nie do końca odpowiada standardom, jakie powinny obowiązywać w cywilizowanym kraju — powiedział naszej reporterce Natalii Bet.