
Trzaskający mróz, a w środku było niewiele cieplej. W takich warunkach żyło dwóch braci z Harklowej na Podkarpaciu. We wtorkowy poranek doszło tam do tragedii. W jednym z pokoi znaleziono zamarznięte ciało 61-latka. Jego młodszy brat trafił do szpitala z poważnym wychłodzeniem. Służby znały ten adres. Dlaczego pomoc przyszła dopiero wtedy, gdy było już za późno?
We wtorek rano, 13 stycznia, młodszy z braci zorientował się, że starszy nie daje oznak życia. Znalazł go we własnym łóżku. Sam był skrajnie wychłodzony, osłabiony, niemal nieprzytomny. Resztkami sił wezwał pomoc. Na miejsce przyjechało pogotowie i policja. Lekarz stwierdził zgon 61-latka.
Na miejscu lekarz dokonał oględzin ciała i stwierdził zgon. Interweniowała także policja.
— Przyczyną śmierci była hipotermia, głębokie wychłodzenie organizmu. Młodszy z mężczyzn również był wyziębiony. Został przetransportowany do szpitala — przekazała “Faktowi” podkomisarz Barbara Pawłowska z jasielskiej policji.
Wiedziały służby, wiedziała opieka
Jak ustaliliśmy, sytuacja w tym domu była znana służbom społecznym. Pracownicy socjalni odwiedzali braci. Byli wcześniej objęci pomocą, także w zakresie zakupu opału na zimę.
— Rzeczywiście, bracia byli w przeszłości objęci wsparciem. Jednak od kilku miesięcy nie zabiegali o żadną pomoc. Pracownik był u nich, ale odmówili wsparcia. Z naszych informacji wynikało, że mieli środki finansowe, ich sytuacja ostatnio się poprawiła — powiedziała “Faktowi” Joanna Dopart, kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Skołyszynie.
Na razie nie wiadomo, w jakim stanie jest młodszy z braci. Policja nie prowadzi śledztwa, ponieważ lekarz nie stwierdził śladów wskazujących na przestępstwo. Z formalnego punktu widzenia sprawa jest zamknięta.
